XXVII. Wiolent   środa, 1 lipca 2009
Słońce stało nad Paskiem już dobre kilka godzin. Za oknem widać było morze granatu i bieli, słychać rozmowy i nawoływania. W ten ciepły wrześniowy poranek młodzież Paska zmierzała do swych szkół, by kolejny dzień zdobywać wiedzę i wykształcenie potrzebne w przyszłości. Tylko jedna krnąbrna uczennica siedziała w domu wpatrując się z wyrazem triumfu na twarzy w pismo z najostrzejszej szkoły w całym Pasku. Plan Kaśki działał. Już piąty dzień udało jej się przekonać rodziców, że była w Passmanii, podobają jej się znajomi, nauczyciele i zajęcia. Była pewna, że jeśli wytrzyma jeszcze tydzień, zostanie automatycznie wykreślona z listy i przeniesiona do Siódemki. A wtedy hulaj dusza, piekła nie ma! Rozpocznie się najlepszy okres w jej życiu! Rodzice pewnie się wściekną, ale co tam, przyzwyczają się. Przecież to też szkoła, też tam uczą, co za różnica! Pogrążona w marzeniach siedziała przy stole trwając w błogostanie. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie, a Kaśka aż podskoczyła. W wejściu stał jej ojciec, czerwony na twarzy. Był wściekły.
- Czy ty czasem nie powinnaś być w szkole, młoda damo? – wycedził przez zęby starając się zachować spokój, choć przychodziło mu to z trudnością.
- Ja… - wyjąkała Kasia rumieniąc się – Ja byłam, ale zajęcia są odwołane i odesłali wszystkich uczniów do domu. – wyrzuciła pierwsze kłamstwo, jakie przyszło jej do głowy.
- Czyżby? – zapytał ojciec wpatrując się w nią ostro. Kasia przytaknęła gorliwie, choć niezbyt przekonująco.
- Więc muszę cię zmartwić, moja droga, i stwierdzić, że to co mówisz to stek bzdur. Przed chwilą odebrałem telefon od dyrektora Passmanii. Pytał, czy aby na pewno dostałaś jego list i dlaczego nie ma cię na zajęciach. Martwi się i chce się z tobą jak najszybciej zobaczyć. – Gdy to mówił, oczy taty Kasi groźnie błyszczały. Dziewczyna instynktownie cofnęła się o krok. Nie wiedziała, co powiedzieć ani jak zareagować. Ojciec wyręczył ją.
- Pójdziesz teraz na górę i przebierzesz się w mundurek. Załóż spódnicę, jak człowiek. Następnie raz-dwa na dół. Odwiozę cię do szkoły, żeby mieć pewność, że tym razem naprawdę tam dotrzesz. – rozkazał. Kaśka przełknęła ślinę. Chciała zaprzeczyć, rozpłakać się, wykrzyczeć, że nie chce tam iść i nigdy nie chciała, ale wiedziała w głębi duszy, że nic to nie da. Jeśli jej rodzice coś postanowili, to nie ma zmiłuj, tak się stanie i już. Połykając łzy pobiegła do pokoju wykonać polecenie ojca. Gdy zeszła do salonu, otworzył drzwi i niemal wypędził z domu. Drogę do szkoły pokonali w milczeniu. Przed bramą Passmanii ojciec zatrzymał auto. Kasia chciała wysiąść, ale on przytrzymał ją za rękę, mówiąc:
- Zaczekaj. Dasz to dyrektorowi. – Sięgnął do kieszeni i wyjął czarną kopertę, zdawałoby się tę samą, w której przyszło pismo potwierdzające przyjęcie dziewczyny do szkoły. – Nie waż się otwierać – dodał, po czym wypuścił córkę z samochodu i odjechał, dopilnowując wcześniej, by ta przekroczyła próg drzwi wejściowych budynku.
Wkraczając do szkoły Kasia miała sucho w ustach, a na plecach czuła krople potu. W środku panował półmrok i absolutna cisza. Słyszała jedynie swoje kroki i bicie serca.
- A to kto? Wagarowicz się pokajał? – Stróż pojawiający się znikąd przyprawił Kaśkę niemal o zawał. Spojrzała za siebie. Był to ten sam człowiek, którego spotkała, gdy przyszła zapisać się do szkoły. On niewątpliwie również ją rozpoznał.
- Ach, to ty… panna samodzielna… - powiedział cicho i jakby do siebie.
- Dzień dobry – rzekła Kasia, opanowując nieco nerwy. – Przyszłam potwierdzić chęć uczęszczania do tej szkoły – dodała mając pełną świadomość, że jej słowa brzmią nad wyraz naiwnie. Stróż spojrzał na nią poważnie.
- Dyrektor jest w swoim gabinecie – powiedział bez zbędnych komentarzy. Skinęła głową w podziękowaniu i ruszyła na drugą stronę ronda starając się zachować spokój. Instynktownie wiedziała, że ucieczka nie ma sensu. Nigdy nie miała. Zresztą, co ona sobie myślała? Że niechodzenie do szkoły spowoduje przeniesienie do innej? Jakiż naiwny w takim razie był jej tok myślenia! Pokręciła z dezaprobatą głową nad własną głupotą. „Nadszedł czas zapłaty”, pomyślała i zapukała do drzwi, przed które właśnie dotarła. „Proszę!”, usłyszała ze środka głos Wiolenta i weszła.
- D – dzień dobry – wyjąkała cicho przekraczając próg i zamykając za sobą drzwi. Wiolent siedział przy biurku z rękoma złożonymi na blacie. Wyraźnie czekał na Kaśkę.
- Dzień dobry – powiedział spokojnie. – Miło cię widzieć. Usiądź proszę – dodał wskazując na krzesło po drugiej stronie biurka. Kasia posłusznie zajęła wskazane miejsce.
- Jak się czujesz? – zapytał patrząc na nią z zaciekawieniem.
- Ja? Ja czuję się dobrze, dziękuję – odparła zaskoczona dziewczyna.
- Więc nie jesteś chora? – zapytał tym samym tonem.
- Nie-e… - odparła niepewnie.
- Rozumiem – rzekł Wiolent kiwając głową.
- Panie dyrektorze – odezwała się Kaśka, chcąc wyprzedzić kolejne pytania z jego strony. – Mój tata prosił, by panu to dać – dodała wręczając mu czarną kopertę. Ten wyciągnął po nią rękę i wyjąwszy zawartość zaczął ją przeglądać. Były w niej dokumenty potwierdzające przyjęcie Kaśkę do szkoły, list gratulacyjny i jakaś mała karteczka, którą Wiolent szybko usunął poza zasięg wzroku dziewczyny. Przeczytawszy notatkę spojrzał z powrotem na Kaśkę i jakby rozpromienił się.
- Jakiekolwiek powody miałaś, żałuj, że nie byłaś obecna na pierwszych dwóch dniach zajęć. Ominęło cię sporo zabawy, a co najważniejsze, ominęło cię oprowadzanie po szkole. Trudno będzie ci przemieszczać się między klasami nie znając ich położeń. Postanowiłem więc osobiście oprowadzić cię po Passmanii i pokazać najważniejsze miejsca, co ty na to? – zapytał bardzo przekonującym tonem. Kasia zupełnie nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Czyżby tata napisał coś, by ją chronić? A może fakt, że Kaśka po raz kolejny przyszła sama do gabinetu dyrektora sprawił, że jego nastawienie było tak przychylne? Miliony pytań rodziły się w głowie dziewczyny, ale ostatecznie naprawdę wolała oprowadzanie po szkole od lania swojego życia, które pierwotnie spodziewała się otrzymać. Z wyrazem głębokiego szoku na twarzy wymamrotała, że „bardzo chętnie”, po czym wstała i ruszyła za dyrektorem przez korytarze Passmanii. Na początku pokazał jej sekretariat, klasy, szatnie, toalety, a potem zaczął prowadzić coraz głębiej i głębiej przez istny labirynt korytarzy tak, że zupełnie straciła orientację. Nagle dotarło do niej, że dyrektor nic nie mówi, że kroczą w absolutnej ciszy, tak jak ona jeszcze jakąś godzinę temu.
- Panie dyrektorze – zaczęła niepewnie. – Dokąd teraz idziemy?
- A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem odwracając się. Kasia dostrzegła w jego oczach niemal zwierzęcy, wilczy błysk i zanim zdążyła zorientować się, co tak naprawdę się dzieje i chociaż spróbować ucieczki, dyrektor chwycił ją za rękę i wepchnął do pierwszej z brzegu klasy, uprzednio otwierając drzwi. Był silny, to Kaśka musiała przyznać, gdyż wepchnięta do sali upadła, wybijając sobie nadgarstek. Wykrzywiła twarz z bólu.
- Gdybyś była obecna na pierwszym treningu karate, wiedziałabyś, jak upadać, żeby nie zrobić sobie krzywdy – wycedził przez zęby podnosząc dziewczynę i wlokąc do biurka pod ścianą. Próbowała wyrywać się i opierać, ale on tylko szarpnął mocniej tak, że ponownie straciła równowagę.
- Wiedziałabyś też, jak utrzymać sztywną i mocną pozycję – dodał popychając ją na blat biurka. – Widzisz, ile tracisz nie chodząc na zajęcia? – zapytał ironicznie i nie czekając na odpowiedź lewą ręką przycisnął ją do blatu, a prawą zadarł spódniczkę, ściągnął majtki i zaczął okładać jej pupę mocnymi, siarczystymi klapsami. Kasia aż stęknęła. Była pod wrażeniem siły, którą dyrektor wydobywał jedynie ze swych rąk. Gdy jej pupa zaczęła pulsować i przybierać mocny odcień czerwieni, Wiolent, nadal przytrzymując Kaśkę, wyjął pas ze szlufek i kontynuował karę. Trwało to dość długo ze względu na wytrzymałość Kaśki, ale w końcu doprowadził ją do łez, a dziewczyna wykrzyknęła gniewnie:
- Przepraszam!
Uderzenia ustały. Wiolent obszedł biurko, oparł się o nie z drugiej strony i spojrzał Kaśce w twarz. Ta popatrzyła na niego wyzywająco, wściekła, że w ogóle doprowadziła do takiej sytuacji i zapytała:
- Tylko na tyle cię stać? – Wiolent pobladł z wściekłości, ale nic nie powiedział. Zamiast tego pochylił się za biurkiem i po chwili przed Kaśką stała plastikowa miska.
- Może ci się przydać – rzucił, po czym z rozmachem otworzył szufladę i wyjął z niej dwie ampułki, strzykawkę i szklankę z jakimś płynem. Obszedł biurko, napełnił płynem strzykawkę i bez ceregieli wbił ją w lewy pośladek Kaśki. To samo zrobił z drugą ampułką, po czym wziął do ręki szklankę i podał ją dziewczynie mówiąc:
- Pij.
Kasia spojrzała nieufnie na płyn w naczyniu.
- Co to jest? – zapytała.
- Woda. – odparł krótko dyrektor.
Kasia uniosła brwi, ale wypiła.
- Po co to? – zapytała, gdy już przełknęła ostatni łyk.
- Przed chwilą wprowadziłem do twojego organizmu substancje, które aktywnie reagując z wodą, wzmagają wrażliwość skóry na dotyk.
Kasia mimo woli parsknęła śmiechem.
- Nie wierzysz mi? To się przekonasz. – To mówiąc, zamachnął się lekko pasem i uderzył.
- Au! – dziewczyna krzyknęła z bólu.
- To było smagnięcie – wyjaśnij Wiolent chłodno, po czym zamachnął się i uderzył z biodra, a w sali rozległ się głośny trzask i wrzask Kaśki. – A to było uderzenie – powiedział dyrektor i rozpoczął istne gradobicie pasów. Dziewczyna krzyczała przeraźliwie sparaliżowana bólem. Wkrótce zaczęło jej się robić niedobrze, co wcale nie wzbudzało w niej poczucia winy, wręcz przeciwnie, złość na siebie, rodziców, dyrektora i system szkolnictwa narastała w niej w zastraszającym tempie. Tracąc powoli panowanie nad wnętrznościami nagle splunęła wymiocinami do miski stojącej przed nią. Wiolent przerwał bicie, obszedł biurko i stanął przed Kaśką.
- Teraz mi wierzysz? – zapytał sarkastycznie. Kaśka spojrzała na niego z nienawiścią.
- Ty gnoju – wycedziła przez zęby. – Myślisz, że masz prawo tak poniżać ludzi? Że pas i zastrzyki załatwią wszystko, tak? Sądzisz, że jak przylejesz pasem, to wszyscy zatańczą, jak im zagrasz? Otóż nie! Nie dam sobą pomiatać, nie po to tu jestem! W ogóle to miejsce to jakaś szopka, obóz jeniecki dla młodzieży o organizacji do bani i pracownikach jeszcze gorszych! Chcesz wiedzieć, co ja o tym myślę? Chcesz? To patrz! – to mówiąc splunęła mu z nienawiścią w twarz. – Oto, co o tym myślę! – dodała, ciężko dysząc. Spodziewała się ataku wściekłości i okładania byle gdzie. Dyrektor jednak wyprostował się spokojnie, wytarł twarz chusteczką i odezwał się w te słowa:
- Okazujesz dziś niesamowity brak respektu dla wszystkich. Plucie, mówienie na „ty” i wyzwiska nie są w żadnej mierze dopuszczalne w Passmanii i zasługują na najwyższy wymiar kary.
Kasia pobladła nieco, ale jej wściekłość nie ustąpiła. Nie odezwała się jednak słowem, czekała na reakcje Wiolenta. Ten zaś ponownie otworzył szufladę i wyjął z niej coś, co wyglądało jak kawałek białej kredy szkolnej.
- To jest czop – wyjaśnił, podnosząc go na wysokość wzroku dziewczyny. – Ostatnim razem użyłem takiego na uczniu dziesięć lat temu. Za chwilę poznasz nowe znaczenie wyrażenia „dostać porządnie w dupsko”.
To mówiąc powrócił do stanowiska za Kaśką i włożył jej czop między pośladki i do odbytu. Z początku Kasia nic nie czuła i chciała wyśmiać dyrektora, ale nie minęła sekunda i ochota na śmiech zupełnie ją opuściła. Nagle poczuła piekący ból z wnętrza, jakby ktoś rozrywał jej pośladki od środka. Wiolent zauważył zmianę w jej wyrazie twarzy i począł siec jej pupę szybkimi uderzeniami pasa. Efekt był piorunujący. Kasia zachłysnęła się powietrzem, ledwo oddychając pomiędzy uderzeniami. Po raz kolejny wypluła wymiociny do miski, cedząc jednocześnie „Palant!”. Dyrektor słysząc to, podszedł nieco bliżej i podciął ją, a Kasia upadła na ziemię, uderzając policzkiem o kant biurka.
- Nie życzę sobie tu wyzwisk, zrozumiano?! – krzyknął Wiolent podnosząc ją z ziemi i opierając z powrotem o biurko. – Jako uczeń tej szkoły jesteś zobowiązana okazywać należyty szacunek swoim przełożonym i reszcie pracowników! Twój język ma być czysty i kulturalny, a zachowanie godne ucznia Passmanii! Jeśli jeszcze do ciebie nie dotarło, jakim zaszczytem jest uczęszczanie do tej szkoły, to znaczy, że jesteś niewarta mojego zachodu ani zachodu twoich rodziców i oboje marnujemy tu czas! Przypominam tylko, że to była twoja decyzja, by złożyć dokumenty właśnie tu! Nie moja, nie twoich rodziców, twoja własna! Więc okaż się być godnym człowiekiem i ponieś konsekwencje tej decyzji! – zakończył, ponownie ją wycinając. Wtedy Kasia dała za wygraną. Gdy tylko dyrektor podniósł ją za kołnierz, rozpłakała się i wymamrotała pokorne „Przepraszam”. Lanie ustało i przez łzy zobaczyła dyrektora przed sobą. Patrzył na zegarek i kręcił głową z dezaprobatą.
- Minęła godzina. Godzina morderczego lania i bólu, tylko po to, by wydusić z ciebie głupie „przepraszam”. Z takim tempem uczenia się nie wróżę Ci kolorowej przyszłości.
- Przepraszam – wymamrotała znów Kaśka, a Wiolent pokiwał głową, otworzył szufladę biurka i wyjął po raz kolejny wszystkie środki wzmagania bólu. W oczach Kaśki błysnął strach.
- Wymusiłem na tobie żal za grzechy, teraz odpokutujesz – powiedział rzeczowo nalewając wody do szklanki. Bez zbędnych komentarzy zaaplikował Kaśce dwa zastrzyki, użył czopa i zmusił do wypicia wody, po czym jął okładać posiniaczone już ciało szerokim skórzanym pasem. Kasia rzygała jak kot. Ból ogarnął wszystkie jej zmysły i dochodził dosłownie zewsząd: bolało ją gardło o wrzasków i wypluwania wymiocin, bolały ją ręce od ciągłego zapierania się o blat, bolały ją nogi, bo dyrektor nie przestawał jej wycinać, wreszcie bolał ją tyłek okładany pasem od zewnątrz i rozrywany od środka przez czopa.
- Przepraszam – mamrotała co rusz, starając się przezwyciężyć mnożące się mroczki przed oczami. W końcu jednak dała za wygraną i poddała się ogarniającej ją ciemności. Wyszeptała ostatnie „przepraszam” i upadła na podłogę, mdlejąc.
komentarze [9]XXVI. Zakupy   czwartek, 25 czerwca 2009
Gdy wróciła do domu z obozu, zostały dwa tygodnie do końca wakacji. Była totalnie nieprzygotowana, przede wszystkim pod względem przyborów szkolnych. Oczywiście przestudiowała dogłębnie listę podręczników, ale nie sądziła, by którykolwiek był jej potrzebny w Siódemce. Nie przypominała również rodzicom o brakach w przyborach, dlatego też zdziwiła się bardzo, gdy w sobotni poranek po otwarciu powiek zobaczyła nad sobą ojca próbującego ją dobudzić.
- Dzień dobry, kochanie – powitał ją z uśmiechem. Kasia poczuła się co najmniej nieswojo.
- Czas wstawać, jedziemy na zakupy.
- Co? – zapytała trochę niegrzecznie, wciąż śpiąca.
- Na zakupy. Nie masz jeszcze żadnych przyborów, a szkoła za trzy dni. – wyjaśnił ojciec spokojnie.
Kasi cisnęło się na usta, żeby powiedzieć, że nie potrzebuje żadnych, ale ugryzła się w język i posłusznie wstała. Po trzydziestu minutach siedziała z ojcem w samochodzie. Jechali w kierunku centrum, ale w pewnym momencie skręcili w inną stronę, niż Kasia spodziewała się.
- Gdzie jedziemy? – zapytała. – Księgarnia jest na lewo.
- Jedziemy na Passa, tam jest hurtownia przyborów szkolnych dla gimnazjów i liceów o zaostrzonym rygorze. – odpowiedział ojciec.
„O zaostrzonym rygorze to może być więzienie”, pomyślała Kasia. Z drugiej strony zupełnie zapomniała, że taka hurtownia znajduje się w mieście i to na takiej ulicy. W końcu Tom Pass był założycielem Passmanii.
Wkrótce wjechali w wąską ciemną uliczkę, na końcu której znajdowała się żelazna brama. Ojciec Kaśki zatrąbił krótko i wrota otworzyły się. Ich oczom ukazał się plac otoczony murami ze wszystkich stron, a mimo to jasny. Ojciec zaparkował i oboje wysiedli z auta, Kaśka nieśmiało. Rozejrzała się i dojrzała małe drzwi w ścianie na prawo. Podreptała za ojcem w tym kierunku, on je otworzył, przepuścił dziewczynę w drzwiach i znaleźli się w wielkiej jasnej hali zastawionej książkami od podłogi do sufitu. Wszystkie podręczniki znajdowały się w specjalnych plastikowych tubach, opatrzonych tabliczką z nazwiskiem autora i tytułem książki. Nad tubami widniały tablice z nazwami przedmiotów.
- Cała hurtownia jest samoobsługowa – usłyszała głos ojca, który podszedł właśnie do niej prowadząc przed sobą czarny koszyk na kółkach.
- Na przykład tu szukasz nazwy przedmiotu, tytułu podręcznika, autora, wybierasz jeden z tuby i pakujesz do koszyka. Zapłacimy na końcu.
To mówiąc zafascynowany podszedł do półek z działu biologii, wybrał z dołu tuby jeden z podręczników i włożył do koszyka. Kasia spojrzała na niego pobłażliwie, ale nic nie powiedziała.
- Twoja kolej. – Ojciec z wesołym błyskiem w oku podał Kasi listę książek. Pierwszy raz w życiu widziała go tak radosnego. Z ironicznym uśmiechem podchodziła do odpowiednich tub i wybierała potrzebne podręczniki. Gdy skończyła, podała listę ojcu, który z szerokim uśmiechem sprawdził, czy wszystkie książki znalazły się w koszyku, po czym pchając wózek przed sobą poprowadził Kaśkę do następnej hali. Tu Kasi wybrała przybory do pisania i zeszyty według instrukcji.
- Została jeszcze jedna hala – odezwał się ojciec po skończonych wyborach. – Mundurki, stroje sportowe i torby. To jedyny dział, w którym masz kontakt z obsługą, poza kasami oczywiście – zakończył i rodzina Alertów wkroczyła do ostatniej hali hurtowni.
- W czym można pomóc? – zapytał mężczyzna za ladą przy najbliższym stoisku, po lewej stronie.
- Potrzebujemy mundurka dla tej młodej damy – odezwał się ojciec Kasi, klepiąc ją po ramieniu. Kasia skrzywiła się i przyjrzała człowiekowi. Był młody, krótko ostrzyżony i nosił czarną koszulkę polo.
- Szkoła? – zapytał krótko nieco znudzonym głosem.
- Passmania – odpowiedziała dziewczyna równie krótko.
- Gimnazjum? – upewnił się, a Kasia skinęła głową.
- Spodnie czy spódnica? – zapytał wyciągając spod lady spakowany mundurek w odpowiednim rozmiarze. Kasia spojrzała pytającym wzrokiem.
- Czy zamierzasz być grzeczna, czy raczej konfliktowa? – spytał sprzedawca próbują ukryć ironiczny uśmiech.
- Weźmiemy oba zestawy – zdecydował za nią ojciec. – Kasia ma wahania nastrojów.
Chłopak podał pakunek z tym samym ironicznym uśmiechem.
- Czy coś jeszcze?
- Strój do wychowanie fizycznego. I torby.
- Oczywiście. Dyscyplina?
- Karate.
- Przyda się spódniczka – mruknął sprzedawca pod nosem i zniknął w innym pomieszczeniu by za chwilę powrócić z karategą. – Dokładam żółty pas, jest możliwość egzaminu – dodał bardziej twierdząc niż pytając. Potem jeszcze położył na ladę czarną torbę sportową i torbę na ramię, obie z logo szkoły. Ojciec skinął głową w podziękowaniu i przeszli do kasy.
Kaśka nie mogła pozbyć się myśli, że to wszystko jest jej niepotrzebne.
- Będziesz zadowolona ze swojej decyzji, zobaczysz – odezwał się ojciec niespodziewanie, jakby czytał jej w myślach. Nie odpowiedziała tylko uśmiechnęła się słabo. Nie chciała mówić, o czym myśli. W głowie miała niebezpieczny plan, który za niecałe trzy dni miał wejść w życie.
komentarze [1]XXV. Wyjaśnienia   piątek, 15 maja 2009
Do końca obozu Kaśka zachowywała się nienagannie. Wykonywała rozkazy, wypełniała normę, nawet po podniesieniu poprzeczki. Belt był bardzo dumny.
Wracając do domu, siedziała w przedziale razem z nim. Pierwszą godzinę siedzieli w milczeniu. Wreszcie dziewczyna nie wytrzymała i zapytała, prosto z mostu, bez wstępu:
- Dlaczego w dzień po chrzcie, podczas porannej rozgrzewki, przy bieganiu nie zatrzymał mnie pan i nie zbił?
Belt spojrzał na nią uważnie.
- Nie przebiegłam wtedy w czas. Wiem o tym. Czułam to. Dlaczego więc…
- To wszystko sprawa rozkazu – przerwał Belt spokojnie. – Cała reguła obozu opiera się na posłuszeństwie okazywanym przez wypełnienie rozkazu – wyjaśnił po chwili. – Jedni uczą się szybciej, inni wolniej. Tobie wystarczyło jedno porządne lani. Szkoda, że tak przesadzone – zakończył dość chłodno. Kaśka posłała mu pytające spojrzenie.
- W szkole, do której będziesz uczęszczać raczej nie spotkasz ludzi lubiących sprzeciw. Jeśli będziesz okazywać taki opór, jak na początku obozu, nie wróżę ci dobrej przyszłości.
- Jeszcze nie wiadomo, czy się dostałam.
- Dwa tygodnie temu mówiłaś co innego. W dodatku prawie błagałaś mnie, żebym to odkręcił.
- Nieprawda! Tylko napomknęłam! – oburzyła się Kaśka.
- No jeśli to było napomknięcie, to nie chcę wiedzieć, jak wygląda prośba – podniesionym głosem uciął spór. Dziewczyna patrzyła mu przez moment w oczy, aż uspokoiła się i opuściła wzrok. Do końca podróży nie wspomniała słowem o zmianie szkoły czy wycofaniu się z decyzji.
W Pasku wysiadła z pociągu pożegnawszy się z Beltem chłodno, acz w pokoju. Gdy pociąg odjechał, Kaśka powiodła wzrokiem po parkingu, by ku swojemu zdziwieniu odnaleźć tam samochód rodziców. Westchnęła i ruszyła w jego kierunku. Widząc we wstecznym lusterku, że dziewczyna się zbliża, ojciec Kaśki wysiadł z wozu, by pomóc jej włożyć plecak do bagażnika.
- Gratuluję wyboru – odezwał się, gdy tylko ruszyli. – Nie spodziewałem się po tobie tak odpowiedzialnego zachowania. Przyznam, że jestem mile zaskoczony. – ciągnął, gdy Kaśka nie odpowiadała.
- Dziękuję, tato – odparła wreszcie. Były to jedyne słowa, jakie wypowiedziała w trakcie jazdy do domu.
Gdy dotarli na miejsce, ojciec zaparkował samochód na podjeździe i przepuszczając Kasię w progu wniósł za nią plecak.
- Zajmij się tym – rzucił, kładąc go na podłodze przy schodach i zmierzając do kuchni. Wziął szklankę do ręki, nalał wody. Napiwszy się, spojrzał na zegarek.
- Pociąg musiał mieć spóźnienie – mruknął zdenerwowanym głosem. – Jadę do pracy. Będę wieczorem. – odezwał się do córki nieco głośniej. I wyszedł.
Kasia nie musiała długo szukać, by znaleźć to, czego szukała. Czarna koperta wyraźnie odznaczała się na stole w jadalni, oparta o wazon tak, żeby każdy ją widział. Do końca pozbawiona nadziei sięgnęła po kopertę. Drżącymi rękoma wyjęła zawartość i przeczytała szeptem:
Droga Katarzyno,
z przyjemnością informuję Cię, że zostałaś przyjęta do elitarnego grona uczniów Passmanii. Ostateczna ocena Twoich testów – dziewięćdziesiąt dziewięć procent – pozwoliła mi podjąć tę zaszczytną decyzję. Oczekuję Cię na uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego pierwszego września w holu szkoły. Informacje o programie nauczania i profilu klasy do jakiej zostałaś przydzielona, znajdziesz na swoim koncie internetowym na stronie szkoły (nazwa użytkownika i hasło załączone w kopercie). Załączam również listę niezbędnych przyborów i podręczników, jakie przydadzą Ci się na zajęciach. Zapoznaj się z nimi proszę.
Pozdrawiam Cię serdecznie,
Adam Wiolent
„Co za idiota”, pomyślała Kaśka. „Najpierw straszy, teraz odzywa się jak do starej kumpeli. Pajac.” Parsknęła, rzuciła pismo na stół i zabrała się do rozpakowywania plecaka. Pomimo wcześniejszych postanowień, nabrała wątpliwości co do tego, czy w ogóle zjawi się na rozpoczęciu roku. Nie była to szkoła dla niej, tego była pewna. Jeśli nie pojawi się na kilku pierwszych zajęciach, zostanie automatycznie przydzielona do gimnazjum rejonowego – Siódemki. Passmania jest prywatna. Nie ma czesnego – nie ma nauki, logiczne. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Wzięła głęboki oddech, przeciągnęła się. Poczuła nagłą ochotę na ruch. Miesiąc codziennego biegania wyrobił jednak nawyki w organizmie. Przebrała się i wskoczyła do basenu. Pływała co najmniej godzinę, potem kolacja i spać. Wracała do normalności, nieświadoma, że wkrótce znów wszystko miało się zmienić.
komentarze [5]